Rozumiem dobrze reakcje tych, których testament Ojca Świętego niesamowicie zaskoczył. Testament to przecież ostatnia wola Zmarłego, to ostatnie dyspozycje, polecenia, przestrogi, błogosławieństwa. Tu natomiast mamy przede wszystkim rozważania o własnym życiu i podziękowania. Owszem, zaraz na początku znajdujemy pewne elementy klasycznego testamentu (sposób pochówku, przeznaczenie rzeczy codziennego użytku, notatki osobiste, zdanie się co do miejsca pogrzebu na Kolegium Kardynalskie i „Rodaków” itp.), ale tak naprawdę jest to pokorna prośba skierowana do nas wszystkich o przejęcie tych wszystkich nadziei, smutków i radości, jakie się stały udziałem tego niezwykłego pontyfikatu. Papież odczuwa głęboko niepowtarzalność swojego osobistego powołania, a na kartach swojego testamentu dzieli się nim z nami w nieprawdopodobnie intymny sposób.
Po pierwsze, papież czuje i wie, że jego życie nie jest przypadkowe. Urodził się jako syn narodu polskiego i ukształtowany został przez polską kulturę chrześcijańską, która w ostatnich dwustu latach przeszła próbę tak wielu przeciwności i nieszczęść, a pomimo to ocalała dzięki swemu zakorzenieniu w Chrystusie. Swoje powołanie na stolicę piotrową odczytuje zatem jako wezwanie do składania nieustannego świadectwa o życiu Zmartwychwstałego, życiu silniejszym od wszelkich zagrożeń, nieszczęść i śmierci dotykających tak wiele ludzi, grup społecznych i narodów. Został przecież powołany do tego, aby odnieść Boże zwycięstwo przez Maryję, jak go do tego przygotował Prymas Tysiąclecia, kard. Wyszyński.
Ponadto czuje się także dzieckiem Soboru, którego zadaniem jest świadczyć nieustannie o godności człowieka odkupionego przez Chrystusa, choćby nawet potężne siły czy też racje przeciwstawiały się temu przesłaniu.
To wszystko wypełniło się za jego życia, ale jakby nie do końca. Przekazuje nam zatem ciąg dalszy tych pasjonujących duchowych wątków.
Po drugie, Jan Paweł Drugi uczy nas, jak odczytywać nasze życie i osobiste powołanie w świetle tego co się nam w życiu przytrafia, a także w świetle wydarzeń w otaczającym nas świecie. Zamach z 1981 roku przekonuje go, jak mało w gruncie rzeczy od niego samego zależy. Ma się wręcz wrażenie, że to dramatyczne zdarzenie rozpaliło w nim na nowo charyzmat bezgranicznego i bezwarunkowego zawierzenie Bogu na wzór Niepokalanej, i jakby na nowo odkrył sens dewizy „Totus tuus”. Wie, że Pan podarował mu życie raz jeszcze i że odtąd każda chwila jego życia nie może nie być całkowicie Mu poświęcona.
Staje się też w tym momencie świadomy, w jak krytycznym położeniu znalazł się świat i że musi w tej sytuacji przygotować Kościół na ewentualność męczeństwa o niespotykanej dotąd w dziejach skali [wtedy tylko on znał trzecią tajemnicę fatimską i – jak pokazuje to testament – podchodził do niej niezwykle serio].
Wydarzenia roku 1989 zmieniły tę perspektywę. Papież zdaje się oddychać z ulgą: teraz zdaje sobie w pełni sprawę, że oto stał się uprzywilejowanym narzędziem Opatrzności Bożej i że Miłosierdzie okazane ludzkości w unicestwieniu „żelaznej kurtyny” znajdzie swoje przedłużenie w wydarzeniach Roku Jubileuszowego kończącego drugie tysiąclecie. Teraz właśnie przygotowania do wkroczenia w trzecie tysiąclecie chrześcijaństwa pochłaniają całą jego służbę i energię.
W Roku Jubileuszowym 2000 rozumie, że z jego punktu widzenia jego misja dobiegła końca. Jest już starym, schorowanym człowiekiem dobiegającym osiemdziesiątki (zapisuje lakonicznie: „octogesima adveniens”) i wypełnił misję, którą przekazał mu w proroczych słowach kard. Wyszyński. Oczekuje albo rychłej śmierci (zapisuje lakonicznie „Nunc dimittis”) albo też wyraźnego znaku skłaniającego go do dymisji. Ponieważ nie nadchodzi ani jedno, ani drugie, papież konsekwentnie trwa na swym posterunku ufając Miłosierdziu Bożemu, które zdolne jest uczynić jego umieranie pożytecznym dla tej największej sprawy, której stara się służyć: dla zbawienia ludzi, dla ocalenia dla zbawienia ludzi, dla ocalenia rodziny ludzkiej, a w niej wszystkich narodów i ludów (wśród nich serce w szczególny sposób się zwraca do mojej ziemskiej Ojczyzny), dla osób, które szczególnie mi powierzył – dla sprawy Kościoła, dla chwały Boga Samego.
Jest to najwymowniejsza lekcja odczytywania „znaków czasu” (do rozpoznawania których zachęca nas Sobór) jaką mogliśmy otrzymać. Wskazują na nią także słowa: [...] z możliwością śmierci każdy zawsze musi się liczyć. I zawsze musi być przygotowany do tego, że stanie przed Panem i Sędzią – a zarazem Odkupicielem i Ojcem. Jan Paweł Drugi był cały życie człowiekiem czuwającym, gotowym zrezygnować ze swoich planów życiowych i sposobu kierowania Kościołem na dany mu z nieba znak. Był zawsze gotów umrzeć dla samego siebie, aby uzyskać nowy, pełniejszy sposób życia od samego Chrystusa, nie tylko w sposób fizyczny. [To samo zauważył także kard. Ratzinger w homilii żegnającej papieża...]
Po trzecie, Karol Wojtyła nie chciał osiągać świętości bez nas i bez naszej pomocy. Bardzo pomylilibyśmy się, traktując jego liczne podziękowania za rodzaj taniej kurtuazji. Jest świadomy swojej słabości, a nawet niegodności i prosi nas wszystkich o przebaczenie. Wie, że tylko ufność w Bogu na wzór Maryi może go ocalić z grzechu sprzeniewierzenia się swojej posłudze. Ale pomocy szuka nie tylko w modlitwie, szuka jej także u swoich współbraci – i rzeczywiście znajduje ją. W swojej rodzinie, w swoim miasteczku, w swoim środowisku nauki i pracy. W swoim środowisku kapłańskim i u swoich współpracowników, w braterskiej wspólnocie Episkopatu. Odnajduje ją także u osób zakonnych, świeckich katolików, a także chrześcijan niekatolików. Wreszcie – idąc niewątpliwie za soborową definicją rozszerzającą granicę Kościoła na wszystkich ludzi dobrej woli – włącza we wspólnotę swoich pomocników także rabina Rzymu, przedstawicieli religii pozachrześcijańskich i (przypuszczalnie niewierzących) przedstawicieli świata kultury, nauki, polityki, środków przekazu. Jak bardzo szerokie było serce tego słowiańskiego papieża, ludowego brata! Jak doskonale rozumiał, co to znaczy być solidarnym we wspólnym trudzie wspinania się ku szczytom dobra piękna i prawdy! I tej solidarności szukał, potrzebował i domagał się jej od nas. Uczył nas, że Kościół to połączone członki jednego Ciała Chrystusa, które nigdy same nie dojdą do przeznaczonego im celu bez pomocy innych członków. I sam dał nam wymowny przykład, jak się do tego zabrać. Nie poprzez efektowny i „heroiczny” wysiłek indywidualny, ale niesiony do ostatnich chwil swego życia przez solidarną pomoc swoich braci i sióstr w Chrystusie, świadomy swojej słabości i ułomności spowodowanej nieubłaganą chorobą.

Dlatego lud zebrany na jego pogrzebie głośno krzyczał przez wiele minut „Santo, santo!” – „Święty, święty!” czując w sercu, że ten zmarły papież staje się na ich oczach jakimś współczesnym archetypem świętości, świętości osiąganej w taki sposób, że nobilituje ona niejako każdego, kto się do niej przyczynił. Jan Paweł II może się okazać pierwszym świętym, którego nie tyle my będziemy wzywać w trudnych sprawach, ale który nas będzie wzywać, abyśmy mu pomogli w wypełnianiu słów jego testamentu. On sam, z własnej inicjatywy, będzie nas nieustannie inspirować jak realizować godność osoby ludzkiej w świecie i jak ufać naszemu Panu tak, aby Jego Duch przemieniał nieustannie oblicze naszej ziemi. I zobaczymy go jeszcze wiele razy ponownie we wszystkich solidarnych działaniach ludzi dobrej woli.

 [1] 

Powrót

Dzisiaj jest

piątek,
24 listopada 2017

(328. dzień roku)

Zegar

Jestem z wami.

Święta

Piątek, XXXIII Tydzień zwykły Rok A, I Wspomnienie Św

Liturgia słowa

Czytania:

  • Ewangelia:

Wyszukiwanie

Sonda

Czy modlisz się modlitwą różańcową?

sporadycznie

wcale

codziennie


Licznik

Liczba wyświetleń:
2542792